Aktualności

 

 

14.02.2005 - Pozycja architekta w procesie inwestycyjnym

W czasach starożytnych nie rozróżniano pojęć "architekt" i "przedsiębiorca budowlany". Urodzony ok. 2600 lat przed naszą erą w Egipcie Imhotep, prawdopodobny autor idei piramidy jako grobowca królewskiego, był zarazem kapłanem, uczonym i architektem-budowniczym. W starożytnych kulturach Grecji i Rzymu wybitni architekci bywali także budowniczymi swoich dzieł, tworząc jednocześnie dzieła sztuki w dziedzinie malarstwa i rzeźby. Podobnie było w czasach Renesansu. Z czasem jednak proces budowania stawał się coraz bardziej złożony i postępował rozdział pomiędzy architektami i wykonawcami budowlanymi. W XX architekci z reguły zajmowali się projektowaniem i teorią architektury, budowanie pozostawiając zawodowym przedsiębiorcom budowlanym.

Do końca lat osiemdziesiątych, państwo pozostawało w Polsce praktycznie jedynym liczącym się właścicielem dóbr inwestycyjnych i jedynym dużym inwestorem. Panował absolutny dyktat wykonawcy. Architekt został podporządkowany prymitywnej technologii, która przyczyniła się do dewastacji krajobrazu naszych miast i miasteczek. Wraz ze zwycięstwem "Solidarności", upadkiem Muru Berlińskiego i "Aksamitną Rewolucją" w naszej części Europy zapanował nowy ustrój polityczny i ekonomiczny, może nie w pełni jeszcze dojrzały, ale już kapitalizm. Wielu z nas było przekonanych, że teraz będzie można swobodnie i bez ograniczeń uprawiać zawód architekta. W realnym świecie potwierdziło się to tylko częściowo. Szybko okazało się, że naród do niedawna spolaryzowany prymitywnym podziałem na "My" - społeczeństwo i "Oni" - władza, ma zdecydowanie bardziej złożoną strukturę. Teraz dopiero ujawniły się konflikty interesów, o których istnieniu zdążono już zapomnieć. W ciągu zaledwie kilku lat, niezbyt dobrze do tego przygotowani, stanęliśmy oko w oko z zagadnieniami, z którymi nasi koledzy inżynierowie i architekci na Zachodzie Europy, w Stanach Zjednoczonych i innych wysoko rozwiniętych krajach borykają się już od dawna.

Dziedziną polskiej gospodarki, która jako jedna z pierwszych uległa procesom prywatyzacji, było szeroko rozumiane budownictwo, zarówno w sferze projektowania jak wykonawstwa budowlanego i obrotu nieruchomościami. W krótkim czasie na rynku pojawiły się prywatne biura projektów, firmy budowlane i developerskie. Pojawił się także kapitał zagraniczny i wraz z nim nastąpił import zachodnich standardów profesjonalnych oraz ich zderzenie z naszą, miejscami jeszcze mocno siermiężną rzeczywistością. Pod rządami "ancien regime" sytuacja była stosunkowo prosta. Architekt był odpowiedzialny za wykonanie "koncepcji" następnie (różnie w różnych okresach nazywanego) projektu wstępnego i projektu technicznego. Ewentualnie mogło się zdarzyć, że architekt został kilka razy kurtuazyjnie zaproszony na budowę, celem dokonania nadzoru autorskiego. Oczywiście o ile jeszcze żył, ponieważ pomiędzy projektowaniem a realizacją potrafiło nieraz upłynąć kilkanaście a nawet kilkadziesiąt lat, a budowy, zwłaszcza te publiczne, czyli finansowane z bliżej nie zdefiniowanego "budżetu" potrafiły ciągnąć się całymi latami.

Jest rzeczą zrozumiałą, że inwestorzy zagraniczni działający w Polsce z początku podchodzili do współpracy z polskimi architektami z rezerwą. Wobec braku sprecyzowanych (do dzisiaj!) Polskich standardów profesjonalnych dla usług architektonicznych z zasady wymagali oni stosowania się przez polskich architektów do standardów obowiązujących w ich własnych krajach, które znali i którym mogli zaufać. Standardy te wyrażają również filozofię prowadzenia procesu inwestycyjnego i roli w nim przeznaczonej dla architekta, zwyczajowo obowiązującą w poszczególnych krajach. Polscy architekci musieli szybko odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w której nikt już nie zamawiał projektów "do szuflady". Inwestor przestał być jakąś bliżej nieokreśloną, anonimową instytucją, beztrosko wydającą nie swoje przecież pieniądze, a stał się coraz częściej prywatnym właścicielem, starannie rozważającym każde posunięcie, świadomie i precyzyjnie kalkulującym koszty. Wzrosły też oczekiwania wobec architekta, który coraz częściej musiał teraz odpowiadać na pytanie: ile to kosztuje, i dlaczego tak drogo ?
Tymczasem dla wielu osób, nie tylko spoza branży, zagadnienie kształtowania cen w polskim budownictwie wciąż stanowi trudną do pojęcia zagadkę. Jak to możliwe, pytają, że rozbieżności pomiędzy kwotami oferowanymi przez wykonawców w przetargach na roboty budowlane sięgają kilkudziesięciu procent ? Jak to możliwe, że pomiędzy pierwotną ofertą, a rzeczywistą, ostateczna kwotą kontraktu są tak ogromne różnice wartości ? Czy ktoś tu kogoś nie usiłuje przypadkiem oszukać ? Ponieważ procesy budowlane zarówno w sferze projektowania i realizacji są nierutynowe, ich uczestnicy próbują możliwie precyzyjnie oszacować swoje ryzyko i ochronić się przed ewentualną stratą.

W układzie klasycznym mamy do czynienia z trzema podmiotami procesu inwestycyjnego:

Inwestorem (zarządzającym projektem bezpośrednio lub poprzez inwestora zastępczego)

Architektem (rozumianym tutaj jako pełnobranżowy zespół inżynierów)

Wykonawcą (rozumianym tutaj jako Generalny Wykonawca zarządzający grupą podwykonawców)

Jakkolwiek łączy ich jeden wspólny cel, jakim jest zrealizowanie inwestycji, każdy z tych podmiotów ma nieco inną rolę do odegrania w procesie i nieco inne interesy. Dla dobra sprawy najkorzystniej jest, jeśli te trzy podmioty, Inwestor, Architekt i Wykonawca, pozostają w równowadze: wpływów, kompetencji i odpowiedzialności. Jest to bardzo ważne, gdyż jakkolwiek wszystkie trzy strony procesu mają na uwadze wspólny cel (zakładamy czystość intencji), jakim jest zrealizowanie inwestycji, to występują pomiędzy nimi naturalne różnice interesów.

I tak, w największym uproszczeniu:

Architekt pragnie zdobyć rozgłos i możliwie jak najlepiej zarobić, przy możliwie minimalnym wysiłku; chciałby mieć również komfort pracy, czyli otrzymać wystarczającą ilość czasu na twórcze myślenie; oczekuje, że Inwestor zaakceptuje jego rozwiązania i nie będzie wprowadzał zbyt wielu zmian w projekcie; oczekuje także, że Wykonawca podporządkuje się jego woli i jednocześnie będzie kreatywny w znajdywaniu rozwiązań problemów, które występują zawsze i na każdej budowie, a nie będzie na siłę szukał przysłowiowej dziury w całym lub tzw. "haka" na Architekta w postaci np. braków lub błędów w dokumentacji, (które nb. z reguły występują, z racji na już wspomnianą nierutynowość procesu projektowania) Wykonawca dąży do tego, aby najpierw przede wszystkim wygrać przetarg i uzyskać kontrakt; w tym celu Wykonawca podczas negocjacji często obniża cenę aż do granicy kosztów własnych lub, (co jest zasadniczo niedopuszczalne, ale niestety czasami praktykowane) poniżej. Następnie Wykonawca stara się zrealizować kontrakt i jednak na nim zarobić, co niejednokrotnie musi oznaczać działanie "na skróty", aby zminimalizować swoje koszty. W praktyce oznacza to "duszenie" podwykonawców oraz próby dokonywania oszczędności na stosowanych materiałach, wyrobach i technologiach.

Wykonawca, aby uzyskać zlecenie często podejmuje się także nierealistycznych terminów i pragnie je następnie wydłużyć, pod byle pretekstem, oczywiście możliwie bez karnych konsekwencji; dlatego jego ulubiona praktyką od początku inwestycji jest obciążanie Architekta odpowiedzialnością za opóźnienia z powodu braków dokumentacji; Jest to o tyle groźne, że kontrakty budowlane i z reguły zawierają klauzule o karach umownych i odpowiedzialności GW za straty wywołane opóźnieniem procesu budowlanego w stosunku do założonego harmonogramu. (W przypadku zamówień publicznych wynika to nawet z litery prawa). Skuteczne przerzucenie tej odpowiedzialności na Architekta może, zatem mieć dla niego bardzo nieprzyjemne skutki finansowe.

Inwestor w "idealnym świecie" pragnąłby przeciąć wstęgę na drugi dzień po podjęciu decyzji o rozpoczęciu projektu i otrzymać obiekt zrealizowany perfekcyjnie technicznie, bez usterek i zapłacić za niego możliwie jak najmniej. Skoro jednak inwestycja musi trochę trwać, Inwestor czuje się uprawniony do dokonywania zmian, zwłaszcza, jeśli są one dokonywane tylko na papierze lub w wirtualnej rzeczywistości komputera. Oczywiście, zadaniem Inwestora, obowiązkiem Architekta jest te zmiany wprowadzać bez szemrania, oraz bez wpływu na termin i bez ekstra kosztów, ponieważ prawdziwą zmorą każdego inwestora są opóźnienia budowy i koszty dodatkowe.

To tylko niektóre z możliwych przyczyn sporów i konfliktów pomiędzy trzema głównymi uczestnikami procesu inwestycyjnego. W praktyce może ich być znacznie więcej i w zależności od wyboru scenariusza inwestycji ich wystapienie staje się bardziej lub mniej prawdopodobne. I znowu, doświadczenie wskazuje, ze potencjalnie najbezpieczniejszy z punktu widzenia interesu Inwestora jest scenariusz klasyczny, w którym powierza on Architektowi w całosci projektowanie i nadzór autorski nad realizacją i sam aktywnie uczestniczy (osobiście lub poprzez fachowego Inwestora Zastępczego) w procesie budowlanym, stając się w ostateczności arbitrem pomiędzy Architektem i Wykonawcą, których zatrudnia niezależnie. Nie eliminuje to oczywiście ryzyka konfliktu, ale zmniejsza je do rozsądnego poziomu, ponieważ każdy podmiot procesu zajmuje się tym, na czym zna się najlepiej.

Jeśli jednak do sporu już dojdzie, to w miarę możliwości należy zawsze dążyć do jego polubownego rozstrzygnięcia w drodze negocjacji stron lub, ostatecznie, profesjonalnego arbitrażu. Skierowanie sprawy do rozpoznania przez sąd powszechny jest zazwyczaj oznaką nieudolności lub jawnie złej woli którejś ze stron.

Na koniec pragnę stwierdzić, że z narastającym niepokojem obserwuję widoczne ostatnio próby marginalizacji roli architekta w procesie inwestycyjnym ze strony niektórych środowisk decyzyjnych. Objawia się to usiłowaniami pozbawienia naszego zawodu statusu zawodu zaufania publicznego oraz forsowaniem scenariuszy inwestycyjnych typu Design&Built, w których architekt zostaje jednym z podwykonawców GW i ma niewiele do powiedzenia. Mam nadzieję, że uda się nam w ramach Izby Architektów R.P. przejąć inicjatywę strategiczna i doprowadzić do nawiązania możliwie szerokiego dialogu ze środowiskiem inwestorów w celu zapewnienia naszemu zawodowi należnego mu miejsca w procesie inwestycyjnym i jednocześnie w społeczeństwie.

Dla nas oznaczać to będzie jednak potrzebę nieustannego samokształcenia, ponieważ świadome i odpowiedzialne uczestniczenie w tej grze wymaga w dzisiejszych czasach naprawdę dużej wiedzy i sporych umiejętności praktycznych, a także nieporównanie większego nakładu pracy, niż to miało miejsce w tradycyjnym modelu. Prognozowanie budżetu inwestycji a następnie profesjonalny kontroling kosztów w trakcie projektowania i realizacji to tylko jedno z zadań, do których niewielu polskich architektów jest jeszcze dzisiaj dobrze przygotowanych. Ponadto, firmy architektoniczne uważane są wciąż za zbyt słabe finansowo do skutecznego pociągnięcia ich do odpowiedzialności w przypadku popełnienia istotnego błędu lub powstania poważnych strat lub opóźnień. Dlatego wielu inwestorów wybiera dzisiaj wariant D&B, pocieszając się w duchu, że może będzie ich to kosztowało trochę drożej, ale przynajmniej ich interesy finansowe i prawne są dobrze zabezpieczone.

Paweł Kobylański

(Artykuł ukazał się również w numerze 11-12/2004 informatora SARP Oddział Poznań oraz Wielkopolskiej Okregowej Izby Architektów)